Wesele. A gdy kończy się, to co się zaczyna? Małżeństwo. Dwójka na scenie. Młoda i młody. Na arenie, można by rzec. Wzajemne ścieranie się, docieranie, spieranie, wadzenie, przepychanie i przeciąganie. I wdzierają się namiętności, uczucia, pragnienia, potrzeby, których wcześniej nie znali. Których może nie chcieli znać. Czasem dają się okiełznać. Czasem biorą górę. Potem ona i on - już nie młodzi. Raczej postacie z piosenki Staszewskiego: "Zwycięstwa pierwsze i przegranych pierwsza gorycz/Motanie spraw jak rajdy bilardowych kul/Coraz mądrzejsze życia podłapują wzory/Królowa życia i król." A potem przebłyski i wreszcie zbudowane z nich olśnienie, że nie są w tym wszystkim sami. Że dzielą, że powtarzają los wszystkich ludzi. Że ich dramat domowy, kuchenny, przedpokojowy nie jest prywatny, lecz ludzki. Arcyludzki. By tak rzec - uniwersalny. I po tym wszystkim, wyczerpawszy w sobie to wszystko, to wszystko zrozumiawszy, znów mogą się spleść. Już nie w walce, lecz w miłosnym uścisku. Młoda i młody. Królowa i król. Uskrzydleni.
Brzmi płasko? Pewnie tak, bo w teatrze ulicznym to, co najważniejsze, mieści się poza słowami. Jest w blasku miotanego, palonego i połykanego ognia. W trzepocie czerwonych skrzydeł. W trajektorii pędzącego wśród ludzkiego morza statku (pijanego). W smrodzie dymnych świec. W cieniach rzucanych na sylwetę chojnickiej szkoły. W geście dziecka próbującego dotknąć statku. W błyskających fleszach fotografów niewiedzących, że należą do spektaklu na równi z drabinami, rampami i aluminiowymi żaglami okrętu... W tym wszystkim, co przypomina, że teatr może nie narodził się na jarmarku, ale na pewno na nim przez wiele stuleci dorastał.
Teatr Ósmego Dnia, "Arka" - spektakl wystawiony w ramach Chojnickiej Fiesty 2009, boisko SP nr 1, 12.07.2009, godz. 22.00.
poniedziałek, 13 lipca 2009
niedziela, 22 marca 2009
Requiem dla Potępionego
Bo ja jestem Bogiem
Uświadom to sobie
Słyszysz słowa od których włos jeży się na głowie
Paktofonika
Od dawna nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. Więc nie wiedziałem, że umarł. Dopiero teraz. Właściwie powinienem zrobić to, co ludzie na forum "Frondy": postawić krzyżyk (+). Wieczny odpoczynek.
A jednak piszę ten post, którego być może będę żałował (?). Dlaczego?
Może dlatego, że nikt nie napisał. Wpisałem w wyszukiwarkę imię i nazwisko. Tysiące stron. Wszystkie - poza życiorysem na Wiki, skąd dowiedziałem się, że urodził się tego samego dnia co ja, tyle że 31 lat wcześniej - takie same, sprowadzone do zdania: "Zmarł skazany za pedofilię". Niewiele więcej.
Nikt nie zadał pytania. Na przykład o to, kim naprawdę był. Jednym z najlepszych psychoterapeutów, jakich nosiła ta ziemia? Rozwodnikiem i pijakiem? Kontrowersyjnym pisarzem? Szarlatanem, który pod pozorem pomagania, ukrywał chory pociąg do dzieci? Odkrywcą metod, które mogą zrewolucjonizować leczenie schorzeń trapiących wiele rodzin, choćby autyzmu? A może, jak sam napisał w "Misce szklanych kulek" - był Bogiem?
Nikt nie zadał takiego pytania. Zgodnie milczą ofiary i ci, którym pomógł. Skądinąd wiemy, że imię tych ostatnich Legion. I to milczenie jest na pewno jego największą porażką. Kiedy się w nie wsłuchuję, to jakbym słyszał westchnienie ulgi. Uff, problem sam się rozwiązał. Zniknął wrzód na zdrowym ciele społeczeństwa. Zniknął wyrzut sumienia?
Być może zniknął. My jednak pozostaliśmy. Dlatego musimy postawić sobie pytanie, kim był Andrzej Samson. Ponieważ jest to pytanie nie tylko o granice psychoterapii, lecz przede wszystkim - o granice człowieczeństwa. O to, czy można komuś pomagać bez jego wiedzy i zgody, a może nawet wbrew niej? O to, gdzie kończy się terapia, a zaczyna zmienianie człowieka? Jego niszczenie? O to, gdzie niesienie pomocy przeobraża się w sięganie po władzę nad pacjentem? I wreszcie, kiedy psychoterapia zmienia się w sekciarstwo? Kiedy psycholog sięga po władzę przynależną Bogu? I czy można czynić dobro z niskich pobudek?
W efekcie hucpy, jaką urządziły gazety, prokuratura i sądy, ja nie jestem w stanie wyrobić sobie zdania, czy Samson rzeczywiście seksualnie wykorzystywał dzieci. Wiem jednak na pewno - bo sam o tym mówił - że stosował radykalne metody leczenia. Metody z pogranicza terapii i zmieniania człowieka. I że nie znosił przy tym żadnej nad sobą kontroli. Także tej wynikającej z etyki zawodowej. Nie wiem, ilu dzieciom w ten sposób pomógł, ilu zaszkodził. Z pewnością balansował jednak na granicy władzy ludzkiej i boskiej. I chyba zdarzało mu się ją przekraczać.
To jest memento dla mnie. Memento dla nas.
Uświadom to sobie
Ty też jesteś Bogiem
Tylko wyobraź to sobie
Paktofonika
{Andrzej Samson 1947 - 2009}
Uświadom to sobie
Słyszysz słowa od których włos jeży się na głowie
Paktofonika
Od dawna nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. Więc nie wiedziałem, że umarł. Dopiero teraz. Właściwie powinienem zrobić to, co ludzie na forum "Frondy": postawić krzyżyk (+). Wieczny odpoczynek.
A jednak piszę ten post, którego być może będę żałował (?). Dlaczego?
Może dlatego, że nikt nie napisał. Wpisałem w wyszukiwarkę imię i nazwisko. Tysiące stron. Wszystkie - poza życiorysem na Wiki, skąd dowiedziałem się, że urodził się tego samego dnia co ja, tyle że 31 lat wcześniej - takie same, sprowadzone do zdania: "Zmarł skazany za pedofilię". Niewiele więcej.
Nikt nie zadał pytania. Na przykład o to, kim naprawdę był. Jednym z najlepszych psychoterapeutów, jakich nosiła ta ziemia? Rozwodnikiem i pijakiem? Kontrowersyjnym pisarzem? Szarlatanem, który pod pozorem pomagania, ukrywał chory pociąg do dzieci? Odkrywcą metod, które mogą zrewolucjonizować leczenie schorzeń trapiących wiele rodzin, choćby autyzmu? A może, jak sam napisał w "Misce szklanych kulek" - był Bogiem?
Nikt nie zadał takiego pytania. Zgodnie milczą ofiary i ci, którym pomógł. Skądinąd wiemy, że imię tych ostatnich Legion. I to milczenie jest na pewno jego największą porażką. Kiedy się w nie wsłuchuję, to jakbym słyszał westchnienie ulgi. Uff, problem sam się rozwiązał. Zniknął wrzód na zdrowym ciele społeczeństwa. Zniknął wyrzut sumienia?
Być może zniknął. My jednak pozostaliśmy. Dlatego musimy postawić sobie pytanie, kim był Andrzej Samson. Ponieważ jest to pytanie nie tylko o granice psychoterapii, lecz przede wszystkim - o granice człowieczeństwa. O to, czy można komuś pomagać bez jego wiedzy i zgody, a może nawet wbrew niej? O to, gdzie kończy się terapia, a zaczyna zmienianie człowieka? Jego niszczenie? O to, gdzie niesienie pomocy przeobraża się w sięganie po władzę nad pacjentem? I wreszcie, kiedy psychoterapia zmienia się w sekciarstwo? Kiedy psycholog sięga po władzę przynależną Bogu? I czy można czynić dobro z niskich pobudek?
W efekcie hucpy, jaką urządziły gazety, prokuratura i sądy, ja nie jestem w stanie wyrobić sobie zdania, czy Samson rzeczywiście seksualnie wykorzystywał dzieci. Wiem jednak na pewno - bo sam o tym mówił - że stosował radykalne metody leczenia. Metody z pogranicza terapii i zmieniania człowieka. I że nie znosił przy tym żadnej nad sobą kontroli. Także tej wynikającej z etyki zawodowej. Nie wiem, ilu dzieciom w ten sposób pomógł, ilu zaszkodził. Z pewnością balansował jednak na granicy władzy ludzkiej i boskiej. I chyba zdarzało mu się ją przekraczać.
To jest memento dla mnie. Memento dla nas.
Uświadom to sobie
Ty też jesteś Bogiem
Tylko wyobraź to sobie
Paktofonika
{Andrzej Samson 1947 - 2009}
Sen anonimowy
Przyszedł w komentarzu. Postanowiłem opublikować go w ten sposób, by zwiększyć szansę, że dotrze do kogoś, dla kogo również będzie ważny. Ja sam chcę go w sobie trochę ponosić przed jakąś próbą interpretacji.
--
Taki sen:
Scena pierwsza:
Jestem w starym drewnianym dużym domu, chyba z dzieckiem, gdzie ma odbyć się coś ważnego. Jest tam dużo ludzi, którzy czekają na to wydarzenie. Ja i dziecko chowamy się pod drewnianymi schodami, skąd będziemy dobrze widzieć (ja też jestem trochę jak dziecko, ciekawa, co się będzie działo). Właśnie ja i dziecko jesteśmy ciekawi, ale też chowamy się ze strachu. Wchodzą kolejno mężczyźni ubrani jak dostojnicy kościelni, później przyszło mi do głowy, że to inkwizytorzy. Jest ich dość dużo. My jesteśmy blisko i ich dobrze widzimy, ale w ukryciu. Jednak jeden z nich nas zauważa, patrzy na nas przez dłuższą chwilę. Boimy się. Jest podobny do Putina.
Scena druga:
W tym samym domu, już bez dziecka. Jestem ja, ów niby Putin, którego się nadal trochę boję, ale który mnie jakoś przyciąga, i jeszcze jeden mężczyzna, bardziej neutralny i przyjazny. Zdaję przed nimi egzamin, do którego nie jestem przygotowana i który na pewno bym oblała. Ale oni każą mi przyjść później.
Scena trzecia:
Chyba przed domem. Na zaoranym polu, przedwiośnie. Ów "Putin" podchodzi do mnie i mówi, że mnie kocha. Już się nie boję, przylegam do niego, czuję się bezpieczna, choć wiem, że to jest zły człowiek. Jest z nim kobieta, co mi nie przeszkadza. Chyba wracamy do domu i się kochamy, ale nie w to samo miejsce, gdzieś niżej, jakby do piwnic.
Scena czwarta:
Kiedy z nim leżę, słyszę z daleka, z dworu kobiece głosy. Boję się ich. Wiem, że muszę uciekać. Chyba chcę, żeby oni "Putin" i kobieta uciekali też, ale oni mi tłumaczą, że to przecież nic takiego. Kobiety na dworze się zbliżają i obiektywnie faktycznie nie wyglądają groźnie (taka gwarna grupa kobiet śmiejących się i żartujących), ale ja się boję i wiem, że muszę uciekać. Okazuje się, że miałam rację, bo one idą po nas. Uciekam sama, nie wiem, co się stało z "Putinem" i tamtą kobietą (nie jestem pewna, ale może one ich złapały). Uciekam przez zaorane pola. Koniec.
--
Taki sen:
Scena pierwsza:
Jestem w starym drewnianym dużym domu, chyba z dzieckiem, gdzie ma odbyć się coś ważnego. Jest tam dużo ludzi, którzy czekają na to wydarzenie. Ja i dziecko chowamy się pod drewnianymi schodami, skąd będziemy dobrze widzieć (ja też jestem trochę jak dziecko, ciekawa, co się będzie działo). Właśnie ja i dziecko jesteśmy ciekawi, ale też chowamy się ze strachu. Wchodzą kolejno mężczyźni ubrani jak dostojnicy kościelni, później przyszło mi do głowy, że to inkwizytorzy. Jest ich dość dużo. My jesteśmy blisko i ich dobrze widzimy, ale w ukryciu. Jednak jeden z nich nas zauważa, patrzy na nas przez dłuższą chwilę. Boimy się. Jest podobny do Putina.
Scena druga:
W tym samym domu, już bez dziecka. Jestem ja, ów niby Putin, którego się nadal trochę boję, ale który mnie jakoś przyciąga, i jeszcze jeden mężczyzna, bardziej neutralny i przyjazny. Zdaję przed nimi egzamin, do którego nie jestem przygotowana i który na pewno bym oblała. Ale oni każą mi przyjść później.
Scena trzecia:
Chyba przed domem. Na zaoranym polu, przedwiośnie. Ów "Putin" podchodzi do mnie i mówi, że mnie kocha. Już się nie boję, przylegam do niego, czuję się bezpieczna, choć wiem, że to jest zły człowiek. Jest z nim kobieta, co mi nie przeszkadza. Chyba wracamy do domu i się kochamy, ale nie w to samo miejsce, gdzieś niżej, jakby do piwnic.
Scena czwarta:
Kiedy z nim leżę, słyszę z daleka, z dworu kobiece głosy. Boję się ich. Wiem, że muszę uciekać. Chyba chcę, żeby oni "Putin" i kobieta uciekali też, ale oni mi tłumaczą, że to przecież nic takiego. Kobiety na dworze się zbliżają i obiektywnie faktycznie nie wyglądają groźnie (taka gwarna grupa kobiet śmiejących się i żartujących), ale ja się boję i wiem, że muszę uciekać. Okazuje się, że miałam rację, bo one idą po nas. Uciekam sama, nie wiem, co się stało z "Putinem" i tamtą kobietą (nie jestem pewna, ale może one ich złapały). Uciekam przez zaorane pola. Koniec.
niedziela, 1 marca 2009
Sen mój
Dawno nie śniło mi się nic, co bym zapamiętał. Dlatego wybieram z brulionu jakiś stary sen - na chybił trafił. Ma datę 28 lipca 2007. Może ktoś pomoże mi go zinterpretować? Może kogoś natchnie? Zapraszam.
--
Idę przez las. Wiem, dokąd mam dojść. Pogoda jest piękna, las prześwietlony Słońcem. Pewnie i bezbłędnie wybieram drogę na rozstajach. Niekiedy napotykam znakowane szlaki. Idę nimi przez jakiś czas, by po chwili z nich zejść. W pewnym momencie przecinam szosę. Ponownie wchodzę w las. Za drzewami, w dole, widzę miasto. Jest piękne - ma mnóstwo ceglanych, gotyckich budowli, których mokre od niedawnego deszczu dachy migoczą w Słońcu. Widzę też szafirowe jezioro. "To Szczecinek", myślę, "ale przecież to nie tu miałem dojść. Żeby dotrzeć do Szczecinka, musiałbym pójść dużo, dużo dalej. Tam się nie da dojść na piechotę". Patrzę na odjeżdżające z podłużnego rynku autobusy* i zastanawiam się, jak wieczorem wrócić do domu.
--
*) W rzeczywistości Szczecinek nie ma podłużnego rynku. A autobusy odjeżdżają z dworca PKS.
--
Idę przez las. Wiem, dokąd mam dojść. Pogoda jest piękna, las prześwietlony Słońcem. Pewnie i bezbłędnie wybieram drogę na rozstajach. Niekiedy napotykam znakowane szlaki. Idę nimi przez jakiś czas, by po chwili z nich zejść. W pewnym momencie przecinam szosę. Ponownie wchodzę w las. Za drzewami, w dole, widzę miasto. Jest piękne - ma mnóstwo ceglanych, gotyckich budowli, których mokre od niedawnego deszczu dachy migoczą w Słońcu. Widzę też szafirowe jezioro. "To Szczecinek", myślę, "ale przecież to nie tu miałem dojść. Żeby dotrzeć do Szczecinka, musiałbym pójść dużo, dużo dalej. Tam się nie da dojść na piechotę". Patrzę na odjeżdżające z podłużnego rynku autobusy* i zastanawiam się, jak wieczorem wrócić do domu.
--
*) W rzeczywistości Szczecinek nie ma podłużnego rynku. A autobusy odjeżdżają z dworca PKS.
czwartek, 22 stycznia 2009
Sen T.
"Idę ulicą, natrafiam na blok, w którym mieszka moja bardzo droga znajoma, kiedyś obiekt westchnień (Anima??).
Blok wydawał się bardzo nienaturalny - był o wiele wyższy, niż był w rzeczywistości. W oknie dostrzegłem tą właśnie znajomą, machającą mi z jednego z ostatnich pięter (w świecie rzeczywistym mieszka na drugim piętrze).
Wchodzę do bloku, nie wchodzę na ostatnie piętro, lecz na to, na którym 'normalnie mieszka' przyjaciółka. Wchodzę do jej mieszkania, czuję zapach pieczonych ciasteczek. Słyszę głos jej matki (Cień??), nie umiałem rozpoznać treści, tak jakby był to jakiś bełkot. Po jakimś czasie wchodzi K. i pyta się, czemu nie przyszedłem od razu na górę. Wychodzimy bez słowa z bloku. Przechodzimy przez jakąś zaniedbaną furtkę i stajemy na przeciw ciastkarni. Podchodzimy bliżej i przypatrujemy się wystawie, Kasia się wycofuje o kilka kroków. Budzę się."
--
A teraz moje przyczynki do interpretacji.
Po pierwsze, interpretując sen zawsze napotykamy trudność, czy występujące w nim postacie traktować jak rzeczywiste osoby ze świata zewnętrznego, czy też jak symbole - reprezentantów treści psychicznych śniącego. Pewna heurystyka mówi, że pierwsza z wymienionych dróg jest prawomocna dla ekstrawertyków, druga - dla introwertyków. Reguły nie ma, ale T. dostarcza nam pewnych wskazówek pisząc o Animie i Cieniu - a więc postaciach ze świata wewnętrznego.
Napotyka dom "bardzo drogiej znajomej". Określenie dwuznaczne. "Bardzo droga" może oznaczać 'cenna, mająca duże znaczenie', lecz również 'wiele mnie kosztująca'. Zaiste, potyczki mężczyzny z jego Animą potrafią kosztować wiele!
Bo też chyba faktycznie o Animę chodzi. W męskich snach, fantazjach reprezentują ją najczęściej kobiety, które mają lub miały dla śniącego znaczenie. Pozytywne albo negatywne. Może to być ukochana, ale także szefowa, wredna koleżanka z pracy, nauczycielka, gwiazda pop itd. Tu reprezentuje ją ktoś niegdyś bliski, ale - jak rozumiem - utracony. Ktoś, za kim śniący tęskni. Blok ten sam, ale jednak nie ten sam. Co upewnia nas, że chodzi o świat wewnętrzny, a nie dookolny. Anima zagaduje śniącego. Mieszka wyżej niż kiedyś. A zatem rozwinęła się już, jest dojrzalsza, bardziej wysublimowana, uduchowiona. Albowiem znajduje się bliżej nieba, sfer uranicznych niż warstw dolnych, chtonicznych.
A jednak śniący szuka jej tam, gdzie zawsze. Jakby nie dostrzegł, że jego Anima się zmieniła, można by rzec: dorosła. Napotyka jej matkę*). Czyli tę, która ją zrodziła. A kto zrodził Animę, wieczną cząstkę męskiej psyche? Zrodził ją twór przez Junga nazwany zbiorową Nieświadomością. A dokładnie: jej kobiecy pierwiastek. To w połowie do jej świata należy Anima, dlatego może być po nim przewodniczką. Sam mężczyzna nie jest w stanie tego uczynić. Może co najwyżej zostać przez nią pochłonięty. Co spotkałoby Tezeusza bez Ariadny, Jazona bez Medei, Mistrza bez Małgorzaty, a bajkowego Jasia bez Małgosi...
Ten ostatni wątek pojawia się we śnie. Śniący nie jest w stanie zrozumieć bełkotu Matki. Ale jest bliski (?) temu, by ulec pokusie. Zapach pieczonych ciasteczek...
Ratuje go Anima, która schodzi z wyżyn i wyprowadza go z niebezpiecznej sytuacji. Zabiera go tam, gdzie wszystko nie jest może tak łatwe i tak słodkie, ale nie grozi pochłonięciem. Ciastka z cukierni nie są może tak pyszne i trzeba - to ważne! - za nie zapłacić, ale słodkości teściowej bywają trujące. Zwłaszcza jeśli liczy ona "co najmniej tyle lat, co życie na Ziemi."
I o tym - moim zdaniem - jest ten sen: śniący utracił kontakt ze swoją Animą. Tak jakby nie rozwinął się tak bardzo jak ona, jak jej wymagania. Być może dlatego, że dał uwieść się magicznej, ale zwodniczej sile prymitywnych sił, prymitywnych instynktów. Dających szybkie i łatwe zaspokojenie (wcale nie musi tu chodzić o seks), ale za to powodujących regresję, powrót na wcześniejszy etap rozwoju.
Sen urywa się. Co znaczy mniej więcej tyle, że nieświadoma warstwa psychiki nie ma jeszcze odpowiedzi na aktualną sytuację śniącego. A zatem pojawią się kolejne sny, o ile śniący nie utraci delikatnego, kruchego kontaktu ze swoją Animą. I to kolejne sny pokażą, czy moja interpretacja zazębia się z sednem.
Czekam zatem na dalsze sny. I komentarze. Zwłaszcza właściciela snu. Ale nie tylko...
--
*) Mała uwaga na marginesie. Cień będzie w snach reprezentowany raczej przez postać tej samej płci, co śniący/śniąca.
Blok wydawał się bardzo nienaturalny - był o wiele wyższy, niż był w rzeczywistości. W oknie dostrzegłem tą właśnie znajomą, machającą mi z jednego z ostatnich pięter (w świecie rzeczywistym mieszka na drugim piętrze).
Wchodzę do bloku, nie wchodzę na ostatnie piętro, lecz na to, na którym 'normalnie mieszka' przyjaciółka. Wchodzę do jej mieszkania, czuję zapach pieczonych ciasteczek. Słyszę głos jej matki (Cień??), nie umiałem rozpoznać treści, tak jakby był to jakiś bełkot. Po jakimś czasie wchodzi K. i pyta się, czemu nie przyszedłem od razu na górę. Wychodzimy bez słowa z bloku. Przechodzimy przez jakąś zaniedbaną furtkę i stajemy na przeciw ciastkarni. Podchodzimy bliżej i przypatrujemy się wystawie, Kasia się wycofuje o kilka kroków. Budzę się."
--
A teraz moje przyczynki do interpretacji.
Po pierwsze, interpretując sen zawsze napotykamy trudność, czy występujące w nim postacie traktować jak rzeczywiste osoby ze świata zewnętrznego, czy też jak symbole - reprezentantów treści psychicznych śniącego. Pewna heurystyka mówi, że pierwsza z wymienionych dróg jest prawomocna dla ekstrawertyków, druga - dla introwertyków. Reguły nie ma, ale T. dostarcza nam pewnych wskazówek pisząc o Animie i Cieniu - a więc postaciach ze świata wewnętrznego.
Napotyka dom "bardzo drogiej znajomej". Określenie dwuznaczne. "Bardzo droga" może oznaczać 'cenna, mająca duże znaczenie', lecz również 'wiele mnie kosztująca'. Zaiste, potyczki mężczyzny z jego Animą potrafią kosztować wiele!
Bo też chyba faktycznie o Animę chodzi. W męskich snach, fantazjach reprezentują ją najczęściej kobiety, które mają lub miały dla śniącego znaczenie. Pozytywne albo negatywne. Może to być ukochana, ale także szefowa, wredna koleżanka z pracy, nauczycielka, gwiazda pop itd. Tu reprezentuje ją ktoś niegdyś bliski, ale - jak rozumiem - utracony. Ktoś, za kim śniący tęskni. Blok ten sam, ale jednak nie ten sam. Co upewnia nas, że chodzi o świat wewnętrzny, a nie dookolny. Anima zagaduje śniącego. Mieszka wyżej niż kiedyś. A zatem rozwinęła się już, jest dojrzalsza, bardziej wysublimowana, uduchowiona. Albowiem znajduje się bliżej nieba, sfer uranicznych niż warstw dolnych, chtonicznych.
A jednak śniący szuka jej tam, gdzie zawsze. Jakby nie dostrzegł, że jego Anima się zmieniła, można by rzec: dorosła. Napotyka jej matkę*). Czyli tę, która ją zrodziła. A kto zrodził Animę, wieczną cząstkę męskiej psyche? Zrodził ją twór przez Junga nazwany zbiorową Nieświadomością. A dokładnie: jej kobiecy pierwiastek. To w połowie do jej świata należy Anima, dlatego może być po nim przewodniczką. Sam mężczyzna nie jest w stanie tego uczynić. Może co najwyżej zostać przez nią pochłonięty. Co spotkałoby Tezeusza bez Ariadny, Jazona bez Medei, Mistrza bez Małgorzaty, a bajkowego Jasia bez Małgosi...
Ten ostatni wątek pojawia się we śnie. Śniący nie jest w stanie zrozumieć bełkotu Matki. Ale jest bliski (?) temu, by ulec pokusie. Zapach pieczonych ciasteczek...
Ratuje go Anima, która schodzi z wyżyn i wyprowadza go z niebezpiecznej sytuacji. Zabiera go tam, gdzie wszystko nie jest może tak łatwe i tak słodkie, ale nie grozi pochłonięciem. Ciastka z cukierni nie są może tak pyszne i trzeba - to ważne! - za nie zapłacić, ale słodkości teściowej bywają trujące. Zwłaszcza jeśli liczy ona "co najmniej tyle lat, co życie na Ziemi."
I o tym - moim zdaniem - jest ten sen: śniący utracił kontakt ze swoją Animą. Tak jakby nie rozwinął się tak bardzo jak ona, jak jej wymagania. Być może dlatego, że dał uwieść się magicznej, ale zwodniczej sile prymitywnych sił, prymitywnych instynktów. Dających szybkie i łatwe zaspokojenie (wcale nie musi tu chodzić o seks), ale za to powodujących regresję, powrót na wcześniejszy etap rozwoju.
Sen urywa się. Co znaczy mniej więcej tyle, że nieświadoma warstwa psychiki nie ma jeszcze odpowiedzi na aktualną sytuację śniącego. A zatem pojawią się kolejne sny, o ile śniący nie utraci delikatnego, kruchego kontaktu ze swoją Animą. I to kolejne sny pokażą, czy moja interpretacja zazębia się z sednem.
Czekam zatem na dalsze sny. I komentarze. Zwłaszcza właściciela snu. Ale nie tylko...
--
*) Mała uwaga na marginesie. Cień będzie w snach reprezentowany raczej przez postać tej samej płci, co śniący/śniąca.
Etykiety:
Anima,
archetypy,
nieświadomość,
sen,
znaczenie
wtorek, 30 grudnia 2008
Podziel się snem!
Podziel się swoim snem!
Dlaczego? Bo każdy sen jest osobistym, adresowanym do Ciebie komunikatem. Wiadomością od tej części Twojej psychiki, której nie znasz, której sobie nie uświadamiasz, z którą się nie utożsamiasz. A ona również - w archaicznym języku obrazów - próbuje pomóc Ci rozwiązać problem, przed którym stoisz (więcej o snach znajdziesz tu).
Lecz żeby zrozumieć sen, potrzebujesz drugiej osoby. Dlatego podziel się nim ze mną, z ludźmi, którzy czytają tego bloga. Może ktoś pomoże Ci go zrozumieć. Może Ty pomożesz komuś.
Jest jeszcze jeden powód, by dzielić się snami. Pisała Olga Tokarczuk: "Gdyby [ktoś] zliczył senne postaci, obrazy, emocje, wypreparował z tego motywy, włączył w to statystykę [...] może znalazłby w tym jakiś sens podobny do wzoru, w jaki tutaj, w tym świecie, działa giełda czy funkcjonują wielkie lotniska - mapa subtelnych połączeń albo sztywnych rozkładów. Nieobliczalnych przeczuć i starannych algorytmów."
Stwórzmy więc mapę snów. Naszych snów.
Dlatego w komentarzu, mailowo lub telepatycznie ;), anonimowo bądź pod nazwiskiem, krótko lub długo, zaraz po wstaniu lub tuż przed zaśnięciem - podziel się snem!
Dlaczego? Bo każdy sen jest osobistym, adresowanym do Ciebie komunikatem. Wiadomością od tej części Twojej psychiki, której nie znasz, której sobie nie uświadamiasz, z którą się nie utożsamiasz. A ona również - w archaicznym języku obrazów - próbuje pomóc Ci rozwiązać problem, przed którym stoisz (więcej o snach znajdziesz tu).
Lecz żeby zrozumieć sen, potrzebujesz drugiej osoby. Dlatego podziel się nim ze mną, z ludźmi, którzy czytają tego bloga. Może ktoś pomoże Ci go zrozumieć. Może Ty pomożesz komuś.
Jest jeszcze jeden powód, by dzielić się snami. Pisała Olga Tokarczuk: "Gdyby [ktoś] zliczył senne postaci, obrazy, emocje, wypreparował z tego motywy, włączył w to statystykę [...] może znalazłby w tym jakiś sens podobny do wzoru, w jaki tutaj, w tym świecie, działa giełda czy funkcjonują wielkie lotniska - mapa subtelnych połączeń albo sztywnych rozkładów. Nieobliczalnych przeczuć i starannych algorytmów."
Stwórzmy więc mapę snów. Naszych snów.
Dlatego w komentarzu, mailowo lub telepatycznie ;), anonimowo bądź pod nazwiskiem, krótko lub długo, zaraz po wstaniu lub tuż przed zaśnięciem - podziel się snem!
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Edyp, Józef K. i agent Cooper
O Edypie, królu Teb pisało wielu. Ale to bodajże dopiero Carl Gustav Jung zwrócił uwagę na pewien szczegół mitu. Mianowicie taki, że zagadka, którą rozwiązał Edyp, była bajecznie prosta. Dla średnio rozgarniętego Greka nie stanowiło problemu odgadnięcie, że stworzenie najpierw chodzące na czworaka, następnie na dwóch nogach, a pod koniec żywota na trzech - musi być człowiekiem. Dlaczegóż zatem nikt przed Edypem nie rozwiązał zagadki?
Może dlatego, że nikt nie próbował. Dlatego że każdy twardo chodzący po ziemi człowiek wiedział, iż Sfinga (Sphinx) - skrzydlata lwica z głową kobiety - jest niebezpieczna. I nie warto bawić się z nią w zagadki. Że - jak pisał Jung - Sfinga sama w sobie jest zagadką do rozwiązania. Stanowi bowiem personifikację Animy (patrz poprzedni post). Ta zaś, jak każdy archetyp, ma podwójną naturę. Może być pomocna, wzbogacając egzystencję mężczyzny o nieznane mu wcześniej obszary życia. Często jednak prowadzi na manowce. Grecy wiedzieli, że Anima może być Ariadną wyprowadzającą Tezeusza z mroków labiryntu, ale może być też Syreną sprowadzającą żeglarzy na skały.
Edyp o tym zapomniał. Być może to nadmierna wiara w swój rozum przesłoniła mu oczy tak bardzo, że nie dostrzegł pułapki. Rozwiązał zagadkę Sfingi, dał się obwołać królem. Nie wiedział, że tak naprawdę stał się ojcobójcą i kazirodcą.
Historię Edypa powtarza w Twin Peaks Dale Cooper. Agent specjalny FBI jest bardzo pewny siebie i swoich kompetencji. Tak bardzo, że ociera się o pychę i arogancję. Jest perfekcyjny we wszystkim, co robi. Nie popełnia błędów dzięki niezawodności swej percepcji i swego intelektu, które to funkcje rozwinął w stopniu wręcz doskonałym. Nie jest jednak prymitywnym mózgowcem zamkniętym w klatce oświeceniowego racjonalizmu. W takiej samej mierze jak z rozumu, korzysta ze swej intuicji. Studiuje naukę Tybetu, zajmuje się snami. Do tego, co irracjonalne ma jednak taki sam, chłodny, beznamiętny i utylitarny stosunek, jak do zmysłów i inteligencji. Traktuje sny i intuicję jako jeszcze jedno narzędzie w swym instrumentarium agenta doskonałego. Mają one dla niego wartość tylko o tyle, o ile przybliżają do rozwiązania zagadki.
Właśnie, zagadki. Podobnie jak Edyp, Cooper rozwiązuje zagadkę: odnajduje mordercę Laury Palmer. Zresztą powie potem, że było to dziecinnie łatwe. Może zbyt łatwe. Tym bardziej, że - jak pamiętamy - trop podsunęła agentowi FBI sama Laura w jego śnie. A przecież jest ona, tak jak Sfinga, wcieleniem Animy. Przewodniczki, ale i kusicielki.
Edyp dał się zwieść Sfindze, agent Cooper uległ kuszeniu Laury. Skoncentrowany na rozwikłaniu tajemnicy jej morderstwa, nie zauważył, że zagadką do rozwiązania jest ona sama - uosobienie jego zagubionej duszy. Więcej: zagadkę stanowi całe to zagubione w lasach miasteczko - kipiące od podskórnych namiętności, rozpętanych żądz, grzesznych pragnień. Pełne emocji tak intensywnych, że aż dotykalnych. Bolesnych. Niekiedy zabójczych.
Skąd jednak pomysł, że Dale Cooper coś zagubił, coś przeoczył, zaniedbał? Ano z jego podobieństwa do bohatera innego, dużo bardziej współczesnego mitu. Zawartego w "Procesie" Franza Kafki.
O Józefie K. pisał Erich Fromm, że wiódł "puste, zrutynizowane życie", a jego "egzystencja [była] jałowa, wyzbyta miłości i elementów twórczych". Stąd też pierwsze słowa książki należy rozumieć dosłownie. Józef K. został zatrzymany, to znaczy zahamowany w swym własnym rozwoju.
Na pozór egzystencja urzędnika bankowego jest diametralnie różna od tej, jaką wiedzie agent FBI. A jednak oglądając serial nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że słowo "zrutynizowany" najlepiej oddaje życie Coopera we wszystkich jego aspektach. Od rytualnego śniadania złożonego z czarnej kawy i jajek na bekonie ("chrupiącym, niemal spalonym"), przez pączki, nienagannie zawiązany krawat i nieskazitelne koszule, aż po twarz przypominającą maskę i chód robota. I o ile trzy funkcje świadomości - percepcję, rozum i intuicję - Dale Cooper rozwinął w sposób doskonały, to całkowicie brak mu czwartej, to znaczy uczuć i emocji. Z nich jest wyprany totalnie. Można by rzec, że jego perfekcja wprost wynika z jednostronności rozwoju. Nic przecież bardziej nie zaburza toku wnioskowania dedukcyjnego niż emocje. Nic bardziej nie osłabia chłodnego spojrzenia niż nagły poryw serca. Nie sposób w tym miejscu pominąć samotności Coopera, całkowitego braku kobiet w jego życiu. Poza "Diane", o której nie wiemy, czy jest czymś więcej niż tylko dyktafonem.
Również do agenta Coopera pasuje to, co Fromm pisał o bohaterze Kafki: "był on człowiekiem o 'orientacji odbiorczej'. Otrzymywać od innych - nigdy zaś dawać czy też tworzyć." Uderzające jest to, że agent nie kreuje wydarzeń. On je tylko odbiera zmysłami, interpretuje i osądza. Ma do czynienia z pożądaniem, gniewem, zazdrością, miłością, grzechem itd. - jakie składają się na prowadzone przez niego śledztwa. Ale żadna z tych emocji nie ma do niego przystępu. One istnieją tylko jako elementy układanki. Są częścią świata zewnętrznego, nad którym Cooper panuje mocą swego intelektu i potęgą "sumienia autorytatywnego", jaka stoi za nim jako przedstawicielem Prawa.
Naturalne więc jest, że Józef K. i Dale Cooper szukają rozwiązań nie w sobie, lecz na zewnątrz. Pierwszy interesuje się jedynie "skąd może oczekiwać większego wsparcia": zabiega o pomoc adwokatów, ustosunkowanych kobiet, skorumpowanych prawników. Drugi traktuje sprawę Laury Palmer jak rutynowe śledztwo.
Obaj przegrywają, niwecząc szansę na ratunek. Dla Józefa K. byłoby nim zrozumienie słów kierowanych do niego przede wszystkim przez Księdza w Katedrze, ale i przez inne osoby. Na przykład Nadzorcę: "Radzę panu mniej zajmować się nami i tym, co się z panem stanie, natomiast więcej myśleć o sobie."
A co powinien zrobić agent Cooper? Byc może choć na chwilę przestać patrzeć na Laurę tylko jak na element śledztwa do rozwiązania. Zobaczyć w niej dziewczynę rozdartą na pół, jednocześnie wyuzdaną dziwkę i grzeczną uczennicę, spełniającą perwersyjne życzenia i dobre uczynki. Kobietę posiadaną przez wielu, lecz nienależącą do nikogo. Wchodzącą w wiele związków, lecz niekochaną przez nikogo. Zobaczyć w Laurze część samego siebie. Ten fragment swojej duszy, o którym zapomniał, którego się wyparł. Którego być może się bał. Ten fragment, który jest zdolny do zadawania bólu, ale i do niesienia pomocy. Do nienawiści, ale i do miłości. Ten fragment duszy, który czynił go podatnym na rany, ale i zdolnym do radości. Który był w stanie przywrócić go ludziom, wyrwać z samotności.
Na chwilę przestać patrzeć na jednorękiego Mike'a i długowłosego Boba tylko jak na przestępców do schwytania. Zobaczyć w nich obraz sprzecznych tendencji tkwiących w każdym z nas, w nim również.
Józef K. przegrał ostatecznie, zanurzony w bierności, żalu i nieświadomości. Ale Edyp dostał drugą szansę, a raczej pokutę. Odarty ze wszystkiego, opuszczony przez zmysły i pozbawiony wzroku, musiał na nowo przeżyć swoje życie. Tym razem od wewnątrz. A agent Cooper?
On również dostanie pokutę i związaną z nią szansę. Ale nie uprzedzajmy faktów. Serial dopiero się rozpoczął.
Może dlatego, że nikt nie próbował. Dlatego że każdy twardo chodzący po ziemi człowiek wiedział, iż Sfinga (Sphinx) - skrzydlata lwica z głową kobiety - jest niebezpieczna. I nie warto bawić się z nią w zagadki. Że - jak pisał Jung - Sfinga sama w sobie jest zagadką do rozwiązania. Stanowi bowiem personifikację Animy (patrz poprzedni post). Ta zaś, jak każdy archetyp, ma podwójną naturę. Może być pomocna, wzbogacając egzystencję mężczyzny o nieznane mu wcześniej obszary życia. Często jednak prowadzi na manowce. Grecy wiedzieli, że Anima może być Ariadną wyprowadzającą Tezeusza z mroków labiryntu, ale może być też Syreną sprowadzającą żeglarzy na skały.
Edyp o tym zapomniał. Być może to nadmierna wiara w swój rozum przesłoniła mu oczy tak bardzo, że nie dostrzegł pułapki. Rozwiązał zagadkę Sfingi, dał się obwołać królem. Nie wiedział, że tak naprawdę stał się ojcobójcą i kazirodcą.
Historię Edypa powtarza w Twin Peaks Dale Cooper. Agent specjalny FBI jest bardzo pewny siebie i swoich kompetencji. Tak bardzo, że ociera się o pychę i arogancję. Jest perfekcyjny we wszystkim, co robi. Nie popełnia błędów dzięki niezawodności swej percepcji i swego intelektu, które to funkcje rozwinął w stopniu wręcz doskonałym. Nie jest jednak prymitywnym mózgowcem zamkniętym w klatce oświeceniowego racjonalizmu. W takiej samej mierze jak z rozumu, korzysta ze swej intuicji. Studiuje naukę Tybetu, zajmuje się snami. Do tego, co irracjonalne ma jednak taki sam, chłodny, beznamiętny i utylitarny stosunek, jak do zmysłów i inteligencji. Traktuje sny i intuicję jako jeszcze jedno narzędzie w swym instrumentarium agenta doskonałego. Mają one dla niego wartość tylko o tyle, o ile przybliżają do rozwiązania zagadki.
Właśnie, zagadki. Podobnie jak Edyp, Cooper rozwiązuje zagadkę: odnajduje mordercę Laury Palmer. Zresztą powie potem, że było to dziecinnie łatwe. Może zbyt łatwe. Tym bardziej, że - jak pamiętamy - trop podsunęła agentowi FBI sama Laura w jego śnie. A przecież jest ona, tak jak Sfinga, wcieleniem Animy. Przewodniczki, ale i kusicielki.
Edyp dał się zwieść Sfindze, agent Cooper uległ kuszeniu Laury. Skoncentrowany na rozwikłaniu tajemnicy jej morderstwa, nie zauważył, że zagadką do rozwiązania jest ona sama - uosobienie jego zagubionej duszy. Więcej: zagadkę stanowi całe to zagubione w lasach miasteczko - kipiące od podskórnych namiętności, rozpętanych żądz, grzesznych pragnień. Pełne emocji tak intensywnych, że aż dotykalnych. Bolesnych. Niekiedy zabójczych.
Skąd jednak pomysł, że Dale Cooper coś zagubił, coś przeoczył, zaniedbał? Ano z jego podobieństwa do bohatera innego, dużo bardziej współczesnego mitu. Zawartego w "Procesie" Franza Kafki.
O Józefie K. pisał Erich Fromm, że wiódł "puste, zrutynizowane życie", a jego "egzystencja [była] jałowa, wyzbyta miłości i elementów twórczych". Stąd też pierwsze słowa książki należy rozumieć dosłownie. Józef K. został zatrzymany, to znaczy zahamowany w swym własnym rozwoju.
Na pozór egzystencja urzędnika bankowego jest diametralnie różna od tej, jaką wiedzie agent FBI. A jednak oglądając serial nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że słowo "zrutynizowany" najlepiej oddaje życie Coopera we wszystkich jego aspektach. Od rytualnego śniadania złożonego z czarnej kawy i jajek na bekonie ("chrupiącym, niemal spalonym"), przez pączki, nienagannie zawiązany krawat i nieskazitelne koszule, aż po twarz przypominającą maskę i chód robota. I o ile trzy funkcje świadomości - percepcję, rozum i intuicję - Dale Cooper rozwinął w sposób doskonały, to całkowicie brak mu czwartej, to znaczy uczuć i emocji. Z nich jest wyprany totalnie. Można by rzec, że jego perfekcja wprost wynika z jednostronności rozwoju. Nic przecież bardziej nie zaburza toku wnioskowania dedukcyjnego niż emocje. Nic bardziej nie osłabia chłodnego spojrzenia niż nagły poryw serca. Nie sposób w tym miejscu pominąć samotności Coopera, całkowitego braku kobiet w jego życiu. Poza "Diane", o której nie wiemy, czy jest czymś więcej niż tylko dyktafonem.
Również do agenta Coopera pasuje to, co Fromm pisał o bohaterze Kafki: "był on człowiekiem o 'orientacji odbiorczej'. Otrzymywać od innych - nigdy zaś dawać czy też tworzyć." Uderzające jest to, że agent nie kreuje wydarzeń. On je tylko odbiera zmysłami, interpretuje i osądza. Ma do czynienia z pożądaniem, gniewem, zazdrością, miłością, grzechem itd. - jakie składają się na prowadzone przez niego śledztwa. Ale żadna z tych emocji nie ma do niego przystępu. One istnieją tylko jako elementy układanki. Są częścią świata zewnętrznego, nad którym Cooper panuje mocą swego intelektu i potęgą "sumienia autorytatywnego", jaka stoi za nim jako przedstawicielem Prawa.
Naturalne więc jest, że Józef K. i Dale Cooper szukają rozwiązań nie w sobie, lecz na zewnątrz. Pierwszy interesuje się jedynie "skąd może oczekiwać większego wsparcia": zabiega o pomoc adwokatów, ustosunkowanych kobiet, skorumpowanych prawników. Drugi traktuje sprawę Laury Palmer jak rutynowe śledztwo.
Obaj przegrywają, niwecząc szansę na ratunek. Dla Józefa K. byłoby nim zrozumienie słów kierowanych do niego przede wszystkim przez Księdza w Katedrze, ale i przez inne osoby. Na przykład Nadzorcę: "Radzę panu mniej zajmować się nami i tym, co się z panem stanie, natomiast więcej myśleć o sobie."
A co powinien zrobić agent Cooper? Byc może choć na chwilę przestać patrzeć na Laurę tylko jak na element śledztwa do rozwiązania. Zobaczyć w niej dziewczynę rozdartą na pół, jednocześnie wyuzdaną dziwkę i grzeczną uczennicę, spełniającą perwersyjne życzenia i dobre uczynki. Kobietę posiadaną przez wielu, lecz nienależącą do nikogo. Wchodzącą w wiele związków, lecz niekochaną przez nikogo. Zobaczyć w Laurze część samego siebie. Ten fragment swojej duszy, o którym zapomniał, którego się wyparł. Którego być może się bał. Ten fragment, który jest zdolny do zadawania bólu, ale i do niesienia pomocy. Do nienawiści, ale i do miłości. Ten fragment duszy, który czynił go podatnym na rany, ale i zdolnym do radości. Który był w stanie przywrócić go ludziom, wyrwać z samotności.
Na chwilę przestać patrzeć na jednorękiego Mike'a i długowłosego Boba tylko jak na przestępców do schwytania. Zobaczyć w nich obraz sprzecznych tendencji tkwiących w każdym z nas, w nim również.
Józef K. przegrał ostatecznie, zanurzony w bierności, żalu i nieświadomości. Ale Edyp dostał drugą szansę, a raczej pokutę. Odarty ze wszystkiego, opuszczony przez zmysły i pozbawiony wzroku, musiał na nowo przeżyć swoje życie. Tym razem od wewnątrz. A agent Cooper?
On również dostanie pokutę i związaną z nią szansę. Ale nie uprzedzajmy faktów. Serial dopiero się rozpoczął.
Etykiety:
Anima,
archetypy,
Fromm,
Jung,
nieświadomość,
sen,
Twin Peaks
Subskrybuj:
Posty (Atom)
